MACIEJ CATCHER WIRSKI

POWIEŚĆ

Ona i On

Od autora

Ta historia towarzyszy mi od niemal czterdziestu lat.

Przez ten czas zmieniała się razem ze mną. Niektóre rzeczy, które kiedyś wydawały mi się ważne, dziś już takie nie są. Inne nabrały znaczenia, którego wtedy zupełnie nie dostrzegałem.

Jest w tej historii sporo mnie. Być może więcej, niż chciałbym przyznać. I chyba właśnie dlatego tak trudno jest mi ją skończyć.

Są książki, które autor pisze, żeby opowiedzieć historię. Są też takie, które pisze się dlatego, że pewne historie nie chcą odejść.

„Ona i On” należy do tej drugiej kategorii.

Dlatego piszę ją już niemal czterdzieści lat.

I dlatego wciąż jeszcze nie postawiłem ostatniej kropki.

Fragment na zachętę


Rano.

Jestem w pracy. Ludzie przychodzą i odchodzą... A Twoje „chmurki” przede mną, nade mną, obok mnie. Niepokoję się jak dotarłeś do domu. Dobrze, że mam przynajmniej ten wycinek z gazety od Ciebie. Szukałam rano Twojej zapalniczki, to też byłoby coś Twojego, co można by zamknąć w dłoni.

Szukam określenia, żeby nazwać Cię tak, jak nikt Cię dotąd nie nazywał. Jeszcze nie wiem jakie słowa są Ci najbliższe, najdroższe. Ciężko mi z tym uczuciem. Czy Ty też zaciskasz pięści aż do bólu, żeby choć na chwilę zająć umysł czymś innym? Niepokój narasta. Drżenie rąk można opanować, ale jak powstrzymać rozdygotanie każdej komórki? Muszę nauczyć się żyć z Tobą. Próbować normalnie funkcjonować patrząc na Ciebie. Boję się tego uczucia. Jest szalone, nieopanowane. Kojarzy się z ogromnym wodospadem, w którym woda runęła w dół i nic już nie może jej powstrzymać. Żywioł, którego nie można opanować. Ja oszaleję! Jak nazwiesz to, że leżąc obok innego mężczyzny, czując jego dłonie, ramiona, usta, jestem z Tobą? Ciebie czuję i Ciebie widzę. Dobrze, że nie przywykłam jeszcze mówić do Ciebie. Wtedy bałabym się zasnąć, żeby na wpół rozbudzona nie zapytać Cię sennie i leniwie: „Chmurko”, czy mnie kochasz?”, albo użyć jakichś innych może bardziej zwyczajnych, ale Tylko dla Ciebie przeznaczonych słów.

Czekam na Twój telefon. Chcę Cię usłyszeć. Muszę Cię usłyszeć! Jeżeli nie zadzwonisz, ja to zrobię. Nie, nie zrobię tego, przecież nic Ci nie będę mogła powiedzieć; Ty nie będziesz mógł nic powiedzieć mi.

Chciałabym pisać czule i delikatnie o tej sieci, w którą wpadliśmy. Ileż w tym wszystkim jest niemocy, jak bardzo muszę się przekonywać, że jestem silna, mądra, opanowana. Puste słowa. Otocz mnie ramionami, ukołysz. Był taki wiersz Gałczyńskiego: „...A Ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź...”.

Rozdział I – Pogrzeb

Stała nieco z boku, jakby nie do końca należała do tego miejsca, do tych ludzi, tej chwili. Czarne płaszcze, przyciszone głosy, stłumione szlochy — wszystko to tworzyło jakąś dziwną, obcą Jej rzeczywistość. Jakby znalazła się tu przypadkiem. Jakby za chwilę ktoś miał Ją delikatnie dotknąć w ramię i powiedzieć:

– Przepraszam, to pomyłka.

A jednak stała. Nieruchomo. Z dłońmi splecionymi przed sobą, jakby trzymała w nich coś bardzo kruchego. Coś, czego nie wolno upuścić.

Nie płakała. Łzy przyszły wcześniej. Cicho, bezgłośnie, jakby bały się, że ktoś je usłyszy. Teraz nie było już miejsca na płacz. Została pustka. I dziwne uczucie lekkości, które czasem pojawia się wtedy, gdy człowiek niesie w sobie zbyt wiele.

Wiatr poruszył lekko Jej włosy. Poprawiła je odruchowo, tym samym gestem, który wykonywała od lat. Tak zwyczajnie, acz nieco nonszalancko.

Ktoś coś mówił. Głos księdza był miękki, niemal kojący, lecz słowa rozpływały się gdzieś po drodze, nie docierając do Niej. Docierał tylko rytm. Spokojny, powtarzalny. Jak oddech.

Spojrzała na trumnę. Nie czuła nic, co – jak sądziła – powinna czuć. To ją zaniepokoiło. Czy tak wygląda koniec? – przemknęło Jej przez myśl. – Czy to wszystko?

Zamknęła oczy na krótką chwilę. Wtedy właśnie poczuła… nie, nie poczuła — raczej przypomniała sobie coś, czego nie powinna była pamiętać w tej chwili.

Dotyk. Delikatny. Ledwie wyczuwalny. Jak oddech na skórze.

Otworzyła oczy. I wtedy Go zobaczyła. Stał kilka metrów dalej. Nieco z tyłu, jakby również nie chciał być częścią tego zgromadzenia. Jakby — podobnie jak Ona — znalazł się tu trochę przypadkiem.

Nie zmienił się tak bardzo, jak mogłaby się spodziewać. Owszem, włosy miał już niemal całkiem siwe. Twarz bardziej zmęczoną. Ale oczy… oczy były te same. Żywe, błyszczące, w kolorze chmur, jak mawiała.

Patrzył na Nią. Z powagą. Nie poruszył się nawet o milimetr. A jednak miała wrażenie, że w tym jednym spojrzeniu zawarł wszystko, czego przez te wszystkie lata nie powiedzieli.

Serce zabiło Jej szybciej. Zupełnie jak kiedyś. Odwróciła wzrok. To niemożliwe – pomyślała

Poczuła, że Jej dłonie zaciskają się mocniej. Jakby nagle to kruche coś, co trzymała w sobie przez lata, zaczęło się wymykać.

– Spokojnie… – szepnęła do siebie, prawie bezgłośnie.

Ceremonia wreszcie dobiegła końca. Ludzie zaczęli się poruszać, jakby ktoś niewidzialny dał im znak, że już wolno. Cicho, z szacunkiem, podchodzili bliżej, składali kondolencje, dotykali Jej ramienia. Słyszała słowa, których nie zapamiętała. Widziała twarze, których nie rozpoznawała. Czekała. Nie wiedziała na co. Aż w końcu poczuła, że ktoś stoi tuż obok. Nie musiała podnosić wzroku. Wiedziała, że to On. Zapach. Ten sam, który zapamiętała. Czas nagle przestał mieć znaczenie.

– Dzień dobry – powiedział cicho.

Tak zwyczajnie. Jakby spotkali się nie dalej jak wczoraj. A dziś znów na siebie wpadli. Jakby nie minęło… ile? Dwadzieścia? Trzydzieści lat? Podniosła na Niego oczy. Przez ułamek sekundy chciała powiedzieć coś banalnego. Coś bezpiecznego. Coś, co pasuje do takich chwil. Nie powiedziała nic. Patrzyli na siebie. I w tej ciszy było więcej niż w jakichkolwiek słowach.

– Przykro mi – dodał po chwili.

Skinęła głową. Nie wiedziała, czy mówi o Jerzym, czy o Nich. Czy o wszystkim po trochu.

Wiatr znów poruszył Jej włosy. Tym razem ich nie poprawiła.

– Przyjechałeś… – powiedziała w końcu.

– Tak. – Krótko. Prosto. Zawsze tak mówił, gdy coś było dla Niego oczywiste.

Zawahała się.

– Nie powinieneś… – zaczęła i urwała, bo nagle zrozumiała, że to zdanie nie ma sensu. Że nic z tego, co wydarzyło się między Nimi, nigdy nie było „powinno” albo „nie powinno”.

Spojrzała gdzieś w bok. Na ludzi, którzy powoli odchodzili. Na trumnę. Na ziemię, która za chwilę ją przykryje.

A potem znów na Niego.

– Zostań chwilę… – powiedziała cicho.

I dopiero wtedy poczuła, że coś w Niej pękło. Nie boleśnie. Raczej… znajomo.

Jakby to pęknięcie było początkiem, a nie końcem.

A wszystko zaczęło się tutaj…

Pierwsze spotkanie

Nie lubiła takich imprez.

Za dużo ludzi, za dużo hałasu, za dużo przypadkowości. Nigdy nie potrafiła się w tym odnaleźć. Zawsze miała wrażenie, że wszyscy wiedzą, po co tu przyszli, tylko nie Ona. Że wszyscy są częścią jakiejś gry, której zasad nigdy do końca nie zrozumiała.

A jednak przyszła.

Mieszkanie było niewielkie, ale ktoś bardzo się postarał, żeby wyglądało na większe. Odsunięte pod ściany meble, zgaszone górne światło, w zamian dwie lampy i kilka świec. Na stole butelki — wódka, jakieś wino, kolorowe napoje, które miały udawać coś więcej, niż były w rzeczywistości. W kącie magnetofon, z którego płynęła muzyka, trochę za głośno, trochę za bardzo, jakby ktoś chciał zagłuszyć nią wszystko inne.

Ludzie tańczyli. Niektórzy naprawdę, inni tylko udawali, kołysząc się w rytm, trzymając w rękach szklanki. Śmiech mieszał się z rozmowami, rozmowy z muzyką, muzyka z czymś jeszcze — z tym specyficznym napięciem, które zawsze unosi się nad takimi wieczorami.

Stanęła na chwilę przy ścianie, jak zwykle na początku. Obserwowała. Z lekkim uśmiechem, trochę z dystansem. Ktoś podał Jej drinka, podziękowała. Nie pytała co to jest. Nie miało to większego znaczenia.

Upiła łyk. Słodkie. Za słodkie. Skrzywiła się lekko i roześmiała do siebie.

– No dobrze, skoro już tu jestem… – pomyślała.

I wtedy Go zobaczyła. Stał przy oknie, trochę z boku, jakby również nie do końca pasował do tego miejsca. Nie tańczył. Nie rozmawiał. Trzymał w ręku szklankę, ale wyglądało na to, że zapomniał z niej pić.

Patrzył gdzieś przed siebie. Nie na ludzi. Nie na pokój. Jakby był myślami gdzie indziej. Nie był najprzystojniejszy z obecnych. Nie wyróżniał się strojem. Nic w Nim nie krzyczało: „spójrz na mnie”.

A jednak spojrzała. I już nie mogła przestać. Nie wiedziała dlaczego. Może dlatego, że był podobny do Niej w tym jednym — w tej lekkiej nieobecności. W tym, że był tu, a jednocześnie jakby obok.

W tym momencie ktoś pociągnął Ją za rękę.

– Chodź, nie będziesz tak stała cały wieczór! – usłyszała.

Zanim zdążyła zaprotestować, znalazła się na środku pokoju. Muzyka przyspieszyła. Ktoś się śmiał. Ktoś krzyknął coś do kogoś.

Zaczęła tańczyć. Najpierw trochę sztywno, jak zawsze. Potem coraz swobodniej. Alkohol zrobił swoje. Ciało zaczęło się rozluźniać, myśli odpływać. Przez chwilę naprawdę była tu i teraz. I wtedy poczuła czyjś wzrok. To nie było złudzenie. Odwróciła się. Stał już bliżej. Nie pamiętała momentu, w którym podszedł. Nie pamiętała, żeby ktoś ich sobie przedstawił.

Patrzył na Nią. Bez uśmiechu. Bez skrępowania. Bez tej całej gry, do której przywykła przy podobnych okazjach. Jakby patrzył… naprawdę.

Zrobiła pół kroku w Jego stronę. Nie planowała tego. To wydarzyło się samo. On odstawił szklankę na parapet.

– Zatańczysz? – zapytał. Głos miał spokojny, głęboki. Skinęła głową. Muzyka była teraz wolniejsza. Ktoś zmienił kasetę. Światło wydawało się jeszcze bardziej przygaszone. Objął Ją. I wtedy poczuła coś, czego nie potrafiła później nazwać. To nie było nic spektakularnego. Nie było błysku. Nie było „pioruna”, o którym piszą w książkach. Było coś znacznie prostszego, a jednocześnie znacznie groźniejszego, ostatecznego. Poczuła się… na miejscu. Jakby przez całe życie chodziła trochę obok siebie, a teraz nagle ktoś ustawił Ją dokładnie tam, gdzie powinna być.

Za blisko. Za szybko. Za bardzo. Podniosła wzrok. Był tuż przy Niej. Zbyt blisko, żeby to było bezpieczne. Zbyt daleko, żeby się wycofać.

– Znamy się? – zapytała cicho, zanim zdążyła się powstrzymać.

Uśmiechnął się lekko.

– I tak, i nie – odpowiedział. I po chwili dodał: – Ale to się chyba właśnie zmienia.

Powinna była się odsunąć. Powinna była coś powiedzieć. Powinna była przypomnieć sobie o wszystkim, co było „poza tym miejscem”.

Nie zrobiła nic.

Tańczyli. I z każdą sekundą było coraz mniej świata wokół nich. Aż w końcu został tylko rytm. Oddech. I to dziwne, rosnące w Niej przekonanie, że właśnie zrobiła pierwszy krok w stronę czegoś, z czego nie będzie już odwrotu.

Muzyka zmieniła się znowu, ktoś podkręcił głośność. Ktoś inny roześmiał się zbyt głośno. W pokoju zrobiło się duszno. Ktoś otworzył okno, ktoś wyszedł na balkon. Ruch, śmiech, szkło stukające o szkło.

A Oni jakby przestali w tym uczestniczyć. Nie pamiętała już, kiedy przestali tańczyć. Nie pamiętała, kto pierwszy się odsunął. Nie pamiętała też, kto zrobił ten pierwszy krok w stronę drzwi prowadzących do drugiego pokoju. Wiedziała tylko, że nagle było ciszej. Że światło było inne. I że są sami.

Spojrzała na Niego. Teraz już nie było w tym spojrzeniu zdziwienia. Była decyzja. Nie wypowiedziana. Nieprzemyślana.

Podeszła bliżej. On nie cofnął się ani o krok. Nie musieli nic mówić. Słowa byłyby tu czymś obcym. Niepotrzebnym. Zbyt ciężkim jak na tę chwilę, która była lekka, choć prowadziła w miejsce, gdzie lekkości już nie będzie.

Dotknął Jej dłoni. I to wystarczyło. Reszta wydarzyła się jakby poza nimi. Jakby ktoś inny podejmował decyzje, prowadził, przyspieszał, nie pozwalał się zatrzymać. Jakby to wszystko już kiedyś zostało zapisane, a oni tylko odczytywali kolejne zdania.

Za szybko.

Za bardzo.

Bez żadnych zabezpieczeń.

Bez myślenia o tym, co jest „poza”.

Czas przestał istnieć.

* * *

Obudziła się pierwsza. Przez chwilę nie wiedziała gdzie jest. To było to dziwne, krótkie zawieszenie między snem a jawą, kiedy świat jeszcze nie zdążył wrócić na właściwe miejsce.

Potem poczuła ciężar Jego ramienia. I wszystko wróciło. Otworzyła oczy. Leżał obok. Spokojny. Jakby nic się nie wydarzyło. Jakby to była jedna z wielu nocy, a nie ta jedna, która zmienia wszystko.

Przesunęła wzrok po pokoju. Znane przedmioty. Znane ściany. Jej mieszkanie. Jej życie. Jej sypialnia. Jej i Jurka

Usiadła powoli na brzegu łóżka. Nie chciała Go obudzić. Nie była jeszcze gotowa. Na Niego. Na siebie. Na to wszystko, co wydarzyło się ostatniej nocy.

Zwinęła dłonie na kolanach, jakby próbowała je czymś zająć. Jakby mogły Jej pomóc uporządkować to, co właśnie się rozsypało.

– Co ja zrobiłam… – przemknęło Jej przez myśl.

Nie było w tym paniki. Było raczej… zdumienie. I coś jeszcze. Coś, czego nie potrafiła nazwać, a co było silniejsze niż wstyd.

Usłyszała, że się poruszył. Odwróciła głowę. Patrzył na Nią. Ich spojrzenia spotkały się — inne niż wczoraj. Bardziej ostrożne. Bardziej… przytomne.

– Dzień dobry – powiedział cicho.

Skinęła głową. Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Między nimi pojawiło się coś nowego. Nie dystans. Nie chłód. Raczej świadomość tego co nieodwracalne. A jednocześnie świadomość, że to, co się wydarzyło, nie powinno było się wydarzyć. I że mimo to… wydarzyło się dokładnie tak, jak musiało. Odwróciła wzrok.

Gdzieś daleko, zza okna, dobiegał odgłos budzącego się miasta. Siedzieli w ciszy, która nie chciała ich wypuścić. I oboje czuli — choć żadne z nich nie powiedziało tego na głos — że to dopiero początek.

Rozdział II – Spotkanie po latach

Stali jeszcze chwilę obok siebie, nie ruszając się z miejsca, jakby każde z Nich czekało, aż to drugie zrobi pierwszy krok.

Ludzie powoli się rozchodzili. Ktoś zamknął furtkę cmentarza. Ktoś inny zapalił papierosa, odchodząc w stronę alei. Głosy oddalały się, cichły, aż w końcu została tylko cisza, przerywana od czasu do czasu szelestem liści.

– Pójdziemy kawałek? – zapytał.

Nie sprecyzował dokąd. Skinęła głową.

Ruszyli powoli, obok siebie, zachowując niewielki dystans. Taki, który pozwalał iść razem, ale jeszcze nie zmuszał do bliskości. Jakby oboje potrzebowali chwili, żeby przyzwyczaić się do samego faktu, że znów są w tej samej przestrzeni.

Minęli bramę. Po drugiej stronie świat był już inny. Zwyczajny. Samochody, ludzie. Ktoś niósł siatki z zakupami. Ktoś rozmawiał przez telefon. Życie, które nie miało pojęcia o tym, co właśnie się wydarzyło.

– Dawno się nie widzieliśmy – powiedziała w końcu.

– Dawno to mało powiedziane – uśmiechnął się lekko. – Chyba nawet nie wiem, ile dokładnie.

– Ja wiem. To znaczy wiedziałam – odparła. – Przez jakiś czas liczyłam.

Spojrzał na Nią z lekkim zaskoczeniem.

– Naprawdę?

– Tak… a potem… – …przestałam, bo to nie miało sensu.

Zamilkli na chwilę.

– Nadal kończysz za mnie zdania – dodała po chwili, trochę ciszej.

Uśmiechnęła się. Pierwszy raz trochę swobodniej. Ruszyli dalej.

– Przyjechałeś tylko na dzisiaj? – zapytała. „Na dzisiaj”. Na pogrzeb nie chciało Jej jakoś przejść przez gardło.

– Tak. Właściwie przyjechałem rano i… – zawahał się – i wracam jutro.

– Czyli nic się nie zmieniło – spojrzała na Niego kątem oka.

– Co masz na myśli?

– Zawsze wpadałeś i znikałeś.

Westchnął cicho.

– Nie zawsze miałem wybór.

– Ja też nie – odpowiedziała odruchowo.

Zatrzymali się. To zdanie zawisło między nimi. Zbyt ciężkie, żeby przejść nad nim do porządku. Ruszyli wolniej.

– Wiedziałeś wcześniej? – zapytała po chwili.

– O Jurku?

Skinęła głową.

– Tak. Kilka dni temu zadzwonił do mnie Marek.

– I od razu postanowiłeś przyjechać?

– Nie od razu.

Spojrzała na Niego.

– Wahałeś się?

Uśmiechnął się lekko, ale bez radości.

– Bardziej niż byś przypuszczała.

– Dlaczego?

Popatrzył przed siebie.

– Bo nie byłem pewien, czy mam do tego prawo.

Zatrzymała się.

– Prawo? - zapytała nieco ostrzej, niż zamierzała.

– Tak… – odwrócił się w Jej stronę – po tylu latach, po tym wszystkim…

– Po czym? – weszła Mu w słowo.

Nie odpowiedział od razu.

– Po tym, że mnie nie było… kiedy Jurek. No wiesz. Przecież kiedyś byliśmy przyjaciółmi.

Spojrzała na Niego uważnie.

– Byłeś. Nie tylko ja to czułam.

Zaskoczyła go.

– Nie tak, jak powinienem.

– Nie tak, jak byśmy chcieli – poprawiła go spokojnie.

I to jedno słowo – „my” – zabrzmiało między nimi bardzo wyraźnie. Ruszyli dalej.

– Wyglądasz… młodo – powiedział po chwili. – Naprawdę dobrze. Jakby te wszystkie lata minęły Cię obok

– Nie mów tak tylko dlatego, że dziś wypada.

– Nie mówię „dlatego”.

Spojrzał na Nią dłużej.

– Zawsze tak było.

Odwróciła wzrok.

– Zawsze… – powtórzyła smutno.

– A Ty? – zapytała po chwili. – Jak Ci się żyło przez te wszystkie lata?

Uśmiechnął się pod nosem.

– Długo by opowiadać.

– Mamy czas?

Spojrzała na Niego z lekkim cieniem uśmiechu.

Zawahał się.

– Nie wiem, czy powinniśmy.

– My nigdy nie robiliśmy tego, co „powinniśmy” – odpowiedziała spokojnie.

Przyjął to bez zbędnego komentarza.

– Piszesz? – zapytała.

– Tak. Chociaż ostatnio… trochę mniej. W każdym razie mniej niż oczekuje tego ode mnie mój wydawca.

– Czytałam kilka rzeczy.

– Tak?

– Niektóre więcej niż raz.

Spojrzał na Nią z wyraźnym zdziwieniem. Chciał coś powiedzieć, zapytać jak Jej się podobało. Jednak nie odważył się.

– A Ty? – zapytał. – Malujesz jeszcze?

Zaskoczył ją tym pytaniem. Uśmiechnęła się lekko.

– Tak. Czasami. Bardziej dla siebie niż dla kogokolwiek.

– Zawsze mówiłaś, że to tylko dla siebie.

– Bo to była prawda.

– Nie do końca.

Spojrzała na Niego pytająco.

– Malowałaś też dla mnie.

Nie zaprzeczyła. Nie potwierdziła. Po prostu szli dalej.

– Myślałam czasem… – zaczęła. Zatrzymała się jednak wpół zdania.

– Ja też – wszedł Jej w słowo.

Spojrzała na Niego.

– I co?

Uśmiechnął się lekko.

– Za każdym razem dochodziłem do tego samego wniosku.

– Jakiego?

– Że lepiej nie kończyć tej myśli.

Pokiwała głową.

– Ja próbowałam.

– I?

– Nigdy mi się nie udało.

Zatrzymali się. Tym razem oboje. Spojrzeli na siebie tak, jakby po raz pierwszy naprawdę zobaczyli, ile czasu minęło… i ile nie minęło wcale.

– Masz gdzie się zatrzymać? – zapytała ciszej.

– Hotel.

– Hotel… – powtórzyła. – To do Ciebie nie pasuje.

– Do wielu rzeczy już nie pasuję. Jestem starym, zgorzkniałym facetem, którego nikt nie po trzebuje.

– Nieprawda. - żachnęła się i uderzyła Go lekko pięścią w ramię.

Spojrzał na Nią.

– Jeśli masz czas… – zawahała się – możemy pójść do mnie.

Na chwilę spuściła wzrok, jakby zawstydziła ją ta propozycja.

– Zrobię kawę. - ciągnęła

Uśmiechnął się.

– Nadal tę samą? - spytała

– Niezbyt mocną. Ze śmietanką…

– … i dwiema łyżeczkami cukru – dokończyła.

Tym razem roześmiali się oboje. Jak kiedyś. Spojrzał na Nią jeszcze raz.

– Chodźmy.

Retrospekcja

Przyszedł jak zwykle, przed czasem. Umówili się na 15 minut przed końcem Jej pracy, ale On był niecierpliwy, zawsze głodny Jej widoku, uśmiechu, Jej cudownie radosnych oczu. Zapukał lekko i wszedł, zanim zdążyła odpowiedzieć.

Siedziała przy biurku, pochylona nad papierami. Kiedy podniosła głowę, uśmiechnęła się do Niego tak, jak zawsze — ciepło, spokojnie, jakby to był jeden z wielu takich dni.

– Jesteś wcześniej – powiedziała.

– Wyrwałem się trochę szybciej.

– To dobrze – odłożyła długopis. – Miałam już dosyć na dziś.

Podszedł, nachylił się i pocałował Ją czule. Zatrzymała dłoń na Jego ramieniu odrobinę dłużej niż zwykle, ale zaraz się odsunęła i wróciła na swoje miejsce.

Usiadł naprzeciwko.

– Coś wyjątkowego się wydarzyło? – zapytał.

– Nic szczególnego. Zwykły dzień.

– U Ciebie „zwykły” znaczy, że ktoś coś zawalił.

Uśmiechnęła się.

– Tym razem nawet nie jeden.

Rozmawiali chwilę o pracy, o ludziach, których oboje znali tylko z opowieści. O tym, że znowu zapowiadają deszcz, chociaż rano było piękne słońce. O drobiazgach, które same w sobie nie miały znaczenia, ale pozwalały nie dotykać tego, co czaiło się tuż obok.

W pewnym momencie sięgnął do kieszeni.

– To wczorajsze. - powiedział i wręczył Jej codzienną porcję swoich przemyśleń, spisanych na kartce papieru

Wzięła ją i przez chwilę tylko trzymała w dłoniach, jakby chciała odsunąć moment czytania. W końcu rozłożyła i zaczęła czytać.

On w tym czasie bacznie Ją obserwował. Chciał z drobnych ruchów Jej ust, oczu, wyczytać co sądzi o Jego wynurzeniach. Na to, jak zatrzymuje się przy niektórych zdaniach. Jak lekko marszczy brwi, a potem znów się rozluźnia. Znał ten widok.

Kiedy skończyła, złożyła kartkę powoli.

– Coraz trudniej Cię czytać – powiedziała.

– W jakim sensie?

– Nie wiem… – uśmiechnęła się lekko. – Kiedyś pisałeś prościej, z sercem. A teraz tyle w tym… pretensji? Nie wiem jak to nazwać.

Spojrzał na Nią.

– Może mam ku temu powód? Może chciałbym coś zyskać, np. pewność?

– Albo więcej do stracenia.

To zdanie padło trochę ciszej.

– A Ty? – zapytał. – Napiszesz coś jutro?

– Napiszę.

– Coś konkretnego? - zapytał z nadzieją.

Uśmiechnęła się.

– Ty byś chciał konkretnie.

– A Ty nie?

– Ja wolę zostawić sobie trochę miejsca.

– Na co? - rzucił, gotowy przystąpić do ataku.

– Na to, co się jeszcze może wydarzyć.

Zamilkli na chwilę. A atmosfera zaczęła wyraźnie gęstnieć.

– Rozmawiałaś z nim?

Nie wyglądała na zaskoczoną.

– Tak.

– I jak to wygląda?

– Normalnie. Nie wiem co chcesz usłyszeć.

– Dobrze wiesz co.

Oparła się lekko o krzesło.

– Jurek pojął decyzję o wyjeździe.

– Jurek pojął decyzję o wyjeździe. – powtórzył. – To brzmi tak, jakby decyzja była ostateczna. Co więcej, podjęta bez Twojego udziału

Spojrzała na Niego spokojnie.

– Jeszcze nic nie jest pewne. Nie jest ostateczne

Powiedziała to bez wahania. Zbyt gładko. Tak jakby miała tę odpowiedź na podorędziu. Wyćwiczoną, zapamiętaną.

– I co bierzesz pod uwagę? – zapytał. – Tak naprawdę.

Uśmiechnęła się lekko.

– Wszystko.

– Czyli?

Spojrzała na Niego.

– Naprawdę chcesz, żebym to nazywała?

– Chciałbym wiedzieć, co dla Ciebie znaczę.

– Wiesz przecież

– Chcę to usłyszeć.

Zawahała się. Nie odpowiedziała wprost

– To znaczy, że nie jest mi wszystko jedno – powiedziała w końcu.

– „ Nie jest mi wszystko jedno”… – powtórzył. – To trochę mało i nic nie kosztuje.

– A co by było wystarczająco?

– Na przykład to, że zostajesz. - a po krótkiej chwili dodał. - Ze mną

Uśmiechnęła się. Delikatnie. Ze smutkiem w oczach, choć starała się to jak najlepiej ukryć.

– Wiem Chmureczko. Zobaczysz, będziemy razem…

– Tak. Już to słyszałem. Nie raz. Coraz bardziej brzmi to jak puste słowa, bez pokrycia. - Zatrzymał się na chwilę, żeby dobrze sformułować myśli – Ja naprawdę nie potrzebuję wiele – powiedział ciszej. – Tylko żebyś powiedziała mi wprost, czy mam się na coś przygotować… czy nie

Patrzyła na Niego przez chwilę. Dłużej niż powinna.

– Przygotuj się na jutro – odpowiedziała.

– To wszystko?

– Na razie tak. Spotkajmy się jutro w Jelitkowie. Tam gdzie zawsze

Znał ten ton. Zbyt dobrze.

– Będziemy razem? – zapytał.

Nie odwróciła wzroku.

– Będziemy.

Powiedziała to miękko, ale zdecydowanie. Prawie tak samo jak zawsze. I właśnie to sprawiło, że przestał zadawać kolejne pytania.

Reszta wydarzyła się bez słów. Nie dlatego, że nie mieli już nic do powiedzenia. Dlatego, że każde kolejne zdanie mogło to wszystko zburzyć.

Wstał z krzesła i podszedł do Niej szybkim krokiem. Bez chwili zawahania, jakby coś w Nim nagle przestało pytać o zgodę.

– Co robisz…? – powiedziała cicho, ale nie cofnęła się ani o krok.

Nie odpowiedział. Złapał Ją za ramiona i przyciągnął do siebie. Mocno. Zbyt mocno jak na ich zwyczajną czułość.

– Co robisz? – powtórzyła, ale głos Jej się urwał, kiedy przycisnął usta do Jej ust. Nie był to ten ich pocałunek, ten delikatny i zmysłowy. Ten który znała. Ten był szybki, gwałtowny, jakby chciał coś nadrobić, coś zatrzymać, coś wymusić.

Wreszcie poddała się Mu, bez dalszej zwłoki, bezwarunkowo. Jakby przez cały czas na to czekała. Krzesło cofnęło się z głuchym stuknięciem. Uderzyło o biurko. Coś spadło na podłogę, ale żadne z nich nie zwróciło na to uwagi. Jakby oboje postanowili, że dość już z tą ostrożnością, której się do tej pory poddawali.

Nie pamiętał które z Nich sięgnęło do drzwi. Zamek kliknął sucho. A potem już przestali nad tym panować. To był dziki, wręcz zwierzęcy seks. Nie było w nim żadnego dotychczasowego romantyzmu, czułości. Oboje przedzierzgnęli się w dzikie bestie, pełne żądzy, niepohamowane…

* * *

Nagle spełniło się. Opadła ciężko na Niego. Spazmy wstrząsały Nią jeszcze dobrych kilkanaście sekund, aż wreszcie wszystko ucichło. Oddychali jeszcze ciężko, ale już równym rytmem.

On pierwszy wysunął się spod Niej. Nie spojrzał na Nią, jakby bał się, że zobaczy Jej niechęć. Sięgnął po koszulę. Ubierał się powoli, jakby każda czynność wymagała osobnej decyzji. Ona siedziała nieruchomo. Patrzyła na Niego. Tak jak zawsze, kiedy zbierał się do wyjścia.

– Jutro… pamiętaj – powiedziała.

– Tak, Słonko. Nie zapomnę. W południe.

Wyszedł. Zbiegł szybko po schodach i znalazł się na ulicy. Tyle myśli kłębiło Mu się w głowie, że przez chwilę nie wiedział, w którą stronę iść. W końcu skręcił w stronę parku. Przeszedł na drugą stronę ulicy. Wiedział, że patrzy na Niego z okna swojego gabinetu. Nie odwrócił się. Choć kosztowało Go to więcej, niż chciałby przyznać.

Jelitkowo

I znów był na miejscu wcześniej, jak zawsze. Stał w cieniu drzewa przy wejściu na alejkę i patrzył w stronę, z której miała przyjść. Przez gałęzie przebijały promienie słońca, a dalej, za pasem plaży, było morze — spokojne, prawie nieruchome. Strumień przecinał plażę wąską, ciemniejszą wstęgą i wpadał do wody łagodnym łukiem. Znał to miejsce dobrze. Spotykali się tu nieraz.

Zobaczył Ją z daleka. Biegła alejką, jakby znowu była spóźniona bardziej niż zwykle. Machnęła do Niego. Odmachnął i przez chwilę stał bez ruchu, czekając na ten moment, który zawsze wyglądał tak samo — że podbiegnie, rzuci Mu się na szyję, powie coś szybko, zdyszana, roześmiana.

Nic takiego się nie stało. Zamiast tego wpadła na Niego jakby przypadkiem. Uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu było coś, czego wcześniej nie znał.

– Przepraszam, znowu się spóźniłam – powiedziała szybko, poprawiając włosy. – W pracy był dzisiaj kompletny chaos, jedna dziewczyna się rozchorowała i wszystko się posypało, a potem jeszcze telefon od Jurka… – urwała na moment, jakby coś sobie uświadomiła – …no i jakoś tak wyszło.

Wziął Ją za rękę. Nie cofnęła dłoni.

– Nic się nie stało – odpowiedział. – I tak przyszedłem wcześniej.

Ruszyli w stronę plaży. Szli obok siebie, trzymając się za ręce, ale już po kilku krokach poczuł, że coś się nie zgadza. Mówiła dużo, szybciej niż zwykle, przeskakując z jednego tematu na drugi.

– Wyobraź sobie, że znowu zmieniają nam grafik, kompletnie bez sensu, bo przecież i tak nie ma ludzi do pracy, a oni tylko wszystko komplikują… i jeszcze ta Anka, pamiętasz, opowiadałam Ci o niej, ona znowu coś namieszała i szefowa chodziła wściekła pół dnia…

Słuchał Jej z pewnym roztargnieniem, jakby był myślami gdzie indziej.

Na plaży było sporo ludzi. Parę rodzin, ktoś rozłożył koc niedaleko wody, dzieci biegały przy brzegu. Przez chwilę szli wzdłuż morza, ale szybko skręcili w stronę alejki przy strumieniu, gdzie było ciszej. Tam zawsze czuli się bardziej na miejscu, jakby trochę poza światem, który Ich otaczał.

– Mówiłaś, że rozmawiałaś z Jurkiem – powiedział w końcu, przerywając Jej zdanie w połowie.

Zatrzymała się na moment, ale zaraz ruszyła dalej.

– Tak… rozmawialiśmy – odpowiedziała, jakby to nie było nic szczególnego. – Wiesz, jak to jest, takie rozmowy nigdy nie są łatwe. On też ma swoje racje, swoją pracę, tam ma większe możliwości, to nie jest tak, że można po prostu przekreślić prawie 10 lat i zostać, jakby nigdy nic.

– Ja nie pytam, czy to jest łatwe – wszedł Jej w słowo spokojnie. – Pytam, co zdecydowałaś.

Uśmiechnęła się lekko, ale nie spojrzała na Niego.

– Nic jeszcze nie jest do końca zdecydowane – powiedziała. – Musimy to wszystko jeszcze poukładać, przemyśleć, zobaczyć jak to będzie wyglądało w praktyce…

Zatrzymał się i zmusił Ją, żeby też się zatrzymała. – Nie mów do mnie w ten sposób. Wiesz, o co pytam.

Podniosła wzrok i spojrzała Mu w oczy.

– Wiem – odpowiedziała ciszej. – Tylko… to nie jest takie proste, jak byś chciał.

– Dla mnie jest proste – powiedział. – Albo jedziesz. Albo zostajesz.

Westchnęła.

– Ty zawsze wszystko upraszczasz.

– Bo to w gruncie rzeczy jest proste.

Odwróciła wzrok, spojrzała w stronę wody, gdzie strumień wpadał do morza. I mówiła, jakby sama siebie chciała przekonać do tej decyzji.

– Tam jest inne życie – zaczęła powoli. – Inne możliwości. Praca, lepsze pieniądze… wiesz, jak tu jest. Ile razy rozmawialiśmy o tym, że chciałabym czegoś więcej niż tylko… – urwała.

– Niż tylko co? – dopytał.

– Niż tylko tego, co mamy tutaj. Czyli życia od pierwszego do pierwszego. Tego syfu komuny – dokończyła, ale bez przekonania.

Zrobił krok bliżej.

– A my? – zapytał. – To, co jest między nami, to też jest „tylko”?

Milczała przez chwilę.

– Nie – powiedziała w końcu. – Wiesz, że nie.

– To powiedz mi wprost – naciskał. – Zostajesz?

Uśmiechnęła się nieśmiało, ze smutkiem w oczach.

Zobaczysz…kiedyś będziemy razem.

Znał to zdanie.

Tym razem nie przyniosło ulgi.

– Kiedy? – zapytał. – Za rok? Za dwa? Za pięć?

– Nie wiem – odpowiedziała. – Naprawdę nie wiem. Ale wiem, że to się jakoś ułoży.

– „ Jakoś” mnie nie urządza – powiedział ciszej.

Ruszyli dalej, już nie trzymali się za ręce.

Szli w stronę ulicy i przystanku. On nic już nie mówił. Ona też zamilkła, jakby w końcu zabrakło Jej słów, którymi mogła to wszystko przykrywć.

Kiedy doszli do końca alejki, zobaczyli autobus, który właśnie skręcał w ulicę, przy której był przystanek.

Zatrzymała się. Wspięła na palce i pocałowała Go w usta. Mocno.

– Kocham Cię, Chmurzaku – szepnęła i pobiegła w stronę przystanku

Stał i patrzył, jak oddala się od Niego wzdłuż chodnika. Biegła szybko, lekko pochylona do przodu, jak zawsze, kiedy się spieszyła. Widział Jej plecy. Ale to co zapamiętał do końca życia to pobłyskujące raz po raz białe podeszwy Jej trampek gdy biegła. Gdy była już przy autobusie na moment się odwróciła i spojrzała na Niego. A potem zniknęła w środku. Drzwi się zamknęły. Autobus odjechał.

On stał jeszcze chwilę. A potem, jakby ktoś wyłączył w nim świadomość, odwrócił się i poszedł w stronę alejki, do tego miejsca przy strumieniu, gdzie jeszcze przed chwilą wszystko było możliwe…

Usiadł w cieniu, na piasku. Dopiero wtedy przypomniał sobie o kartce, którą wczoraj pisał dla Niej. Wyciągnął ją z kieszeni. Rozłożył. Czytał powoli swoje własne słowa. I wtedy łzy zaczęły płynąć Mu po policzkach, spadały i wsiąkały w piasek.

Początek nowego

Nie pamiętał drogi powrotnej. Pamiętał tylko, że w końcu znalazł się u siebie. Jakby ktoś odstawił go do domu i zostawił pod drzwiami, zapominając zadzwonić domofonem. Otworzył więc drzwi na klatkę wygrzebanym mozolnie kluczem. Z trudem wspiął się na drugie piętro i stanął przed drzwiami mieszkania, przez chwilę zastanawiając się co On tu robi? Po chwili sięgnął po klucz i wszedł do mieszkania.

Przez kilka następnych dni funkcjonował trochę na jałowym biegu. Owszem, robił to, co trzeba było zrobić. Jeździł do pracy. Odbierał telefony, odpowiadał na pytania, załatwiał najpilniejsze sprawy. Potem wracał do domu, sięgał po butelkę whisky i w jej towarzystwie oglądał telewizję, zupełnie bez udziału świadomości. Wyglądało to wszystko tak, jakby odhaczał kolejne punkty na liście, a potem zatapiał się w jakimś marazmie, żeby rano znów wstać z łóżka z lekkim kacem i starać się przeżyć kolejny dzień. Nie było mowy o braniu się z nim za bary...

Aż coś w Nim pękło. Któregoś dnia wstał rano i po prostu już nie poszedł do pracy. Zadzwonił tylko po to żeby powiedzieć, że odchodzi. Nawet nie pamiętał, co usłyszał w słuchawce. Odłożył telefon i usiadł przy stole. Siedział tak, patrząc przed siebie i analizując to, co właśnie zrobił. Nie miał planu. I po raz pierwszy od dawna nie próbował go mieć. Dał się ponieść chwili, spakował kilka rzeczy. Trochę ubrań, długopis, notatnik, dokumenty. Zamknął mieszkanie. Wsiadł do swojego wysłużonego Fiata 125p i ruszył przed siebie. Póki co nie zastanawiał się dokąd. Skierował się w stronę obwodnicy, a potem dalej przez Żukowo, w kierunku na Kościerzynę i dalej do Chojnic.

W Chojnicach zatrzymał się, żeby dotankować paliwo. Na szybie budynku stacji wisiała kartka: „Domek w lesie do wynajęcia”. I numer telefonu. tylko tyle. Zadzwonił, a chwilę później zerwał kartkę z szyby. Chatka była mała (jakieś 40 m kw.), drewniana, trochę zapuszczona. Stała w sercu Borów Tucholskich z dala od czegokolwiek. Wyglądała na zaniedbaną, jakby ktoś kiedyś ją postawił a potem całkiem o niej zapomniał. W środku pachniało wilgocią i starym, zmurszałym drewnem. Podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Miejsce zrobiło na Nim niesamowite wrażenie. Zwłaszcza nocą, gdy było tak cicho, że aż uszy bolały.

Na początku postanowił robić nic. Spał długo, wstawał późno. Siadywał przy oknie patrząc na wszechobecne drzewa. Czasem wychodził na zewnątrz i siadał na bujanym fotelu przed wejściem. Myśli przychodziły i odchodziły. Nieproszone. Niechciane. Wracały obrazy, słowa, Jej głos. Nie próbował ich zatrzymać ani od nich uciec.

Z czasem zaczął się nad sobą użalać. Bez wstydu. Bez kontroli. Jakby wreszcie pozwolił sobie na to, czego wcześniej nie dopuszczał do siebie. Aż w końcu, podobnie jak wtedy, gdy podjął decyzję o wyjeździe, nagle poczuł, że musi coś zmienić. Że musi nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, w nowym miejscu, ale przede wszystkim... bez Niej. Dość tego siedzenia i użalania się nad sobą. Dość wracania w kółko do tych samych myśli. Dość życia, które się skończyło, odeszło wraz z Nią.

Kończyły Mu się zapasy, więc wsiadł w samochód i pojechał do Chojnic. Gdy już zapakował zakupy do bagażnika, postanowił przejść się po tym urokliwym miasteczku. Pokręcił się trochę po bocznych uliczkach, bez celu i trafił niespodziewanie na Stary Rynek. W jednej z kamienic mieścił się komis. Zawsze lubił odwiedzać takie miejsca pełne historii ludzi, których nigdy nie pozna. Jakieś ubrania, futra, kryształowe wazony, aparaty fotograficzne, zegary. W tym natknął się na coś, co natychmiast zwróciło Jego uwagę i zainteresowanie. Stara maszyna do pisania, ciężka, metalowa, marki Olympia , z wytartymi klawiszami i lekko krzywą spacją. Nie zastanawiał się ani chwili. Nawet nie przyszło Mu do głowy, żeby się targować. Po prostu musiał ją kupić. W drodze powrotnej do samochodu, w małym, przytulnym sklepiku papierniczym dokupił ryzę papieru A4 i, na wszelki wypadek, taśmę barwiącą do maszyny.

* * *

Postawił ją na stole, zanim jeszcze zdążył rzucić torby z zakupami w kąt przy oknie. Usiadł naprzeciwko i przez dłuższą chwilę wpatrywał się w klawisze. W końcu rozerwał opakowanie papieru, wysunął jedną kartkę i wkręcił ją na wałek maszyny. Krzywo. Zaklął szpetnie i spróbował jeszcze raz. - Zdecydowanie lepiej. - mruknął. Patrzył na czystą kartkę, jakby była czymś, czego nie rozumiał. W końcu nacisnął pierwszy klawisz. Potem drugi. Na początku szło ciężko. Zdania się rwały, gubiły sens. Kartki trafiały do kosza szybciej, niż się zapełniały. Wściekał się. Wstawał. Wychodził. Wracał. Postanowił wreszcie zrobić porządek z zakupami. Uzupełnił zapasy piwa w lodówce. Wędliny i ser trafiły również na półki. Resztę poutykał pospiesznie w szafkach nad blatem kuchennym.

Usiadał znowu.

Z czasem zaczęło iść łatwiej. Nie dlatego, że nagle nauczył się pisać. Po prostu przestał się pilnować. Przestał sprawdzać każde słowo. Pisał tak, jak myślał. Tak, jak czuł. Nie pisał o Niej. Ale wszystko w jakiś tajemniczy sposób łączyło się z Nią. Nie przeszkadzało Mu to. Pisał dalej, a stosik zapisanych kartek rósł obok.

Dni zaczęły mieć swój rytm. Rano kawa, potem maszyna. Stukot klawiszy wypełniał ciszę, która wcześniej była nie do zniesienia. Jakiś szybki lunch lub wręcz kolacja. I znów uderzał w klawisze jak szalony.

Gdy wreszcie skończył, przeczytał wszystko jeszcze raz. Bez poprawiania. Bez kombinowania. Spakował maszynopis w grubą kopertę. Zakleił ją dokładnie. Przez chwilę ważył ją w rękach, jakby się jeszcze wahał. Wreszcie złapał kurtkę wiszącą tuż przy drzwiach, zamknął drzwi i pojechał na pocztę w Chojnicach, nadać list polecony do Wydawnictwa

(Rozdział – pierwsze spotkanie po pogrzebie)

Szli obok siebie bardzo wolno, jakby każde z nich chciało ten krótki odcinek drogi trochę wydłużyć. Miasto było ciche, przytłumione popołudniowym światłem. Ludzie mijali ich bez uwagi, a oni szli w swojej własnej przestrzeni, ostrożni w słowach, jeszcze bardziej w gestach.

W Jej mieszkaniu nic się właściwie nie zmieniło. To była pierwsza rzecz, którą zauważył. Ten sam układ mebli, podobne zasłony, nawet zapach był jakiś znajomy, choć nie potrafił powiedzieć skąd. Jakby czas w tym jednym miejscu nie przesuwał się tak szybko jak wszędzie indziej.

– Rozgość się – powiedziała, zdejmując płaszcz. – Ja zrobię kawę.

Został przez chwilę w przedpokoju, jakby nie do końca wiedział, gdzie postawić pierwszy krok. W końcu wszedł do pokoju i usiadł na kanapie. Przesunął dłonią po oparciu, zupełnie nieświadomie.

W kuchni słychać było dźwięk wody nalewanej do czajnika, potem lekkie stuknięcie filiżanek.

Wróciła po chwili. Postawiła tacę na stole i usiadła naprzeciwko, ale nie od razu sięgnęła po swoją filiżankę. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, jakby każde z nich próbowało odnaleźć w tej drugiej osobie coś, co znało kiedyś na pamięć.

– Zmieniłeś się – powiedziała w końcu.

Uśmiechnął się lekko.

– Cóż, oboje się zmieniliśmy. Minęło tyle czasu.

– Na lepsze czy gorsze?

– Nie wiem. Jesteś… inna.

Przyjęła to skinieniem głowy.

– Czym się teraz zajmujesz? Piszesz coś nowego? – zapytała, biorąc filiżankę w dłonie.

– Nie, zrobiłem sobie przerwę. Przez ostatnie lata pracowałem jak szalony.

Podniosła na Niego wzrok. Uśmiechnęła się.

– Jak mówiłam, czytałam kilka pozycji.

Przez chwilę nic nie mówił.

– I co o tym myślisz?

Zawahała się, jakby szukała odpowiednich słów.

– Myślę, że… – zaczęła powoli – że bardzo dużo w tym Ciebie.

– To prawda, ale to chyba dobrze. Dzięki temu historie nabierają autentyzmu.

– Nie zawsze – spojrzała na Niego uważnie. – Niektóre rzeczy są zbyt prawdziwe.

Nic nie odpowiedział. Wiedział to bardzo dokładnie.

– A Ty? Jak Ci się żyło?

Oparła się lekko o oparcie fotela i odchyliła głowę do tyłu opierając ją o ścianę.

– Normalnie – powiedziała. – Praca, dom, obowiązki… jak u większości ludzi.

– To brzmi jak coś, co mówisz komuś obcemu.

Uśmiechnęła się słabo.

– A nie jesteśmy dla siebie trochę obcy?

To zdanie zawisło między nimi i na chwilę zepsuło atmosferę.

– Może trochę – przyznał.

– A jednocześnie… – zaczęła, ale nie dokończyła.

– Jednocześnie co?

Spojrzała na Niego.

– Jednocześnie to dziwne, że siedzimy tu teraz i… – zawahała się – jakbyśmy nigdy nie przestali się widywać.

– Też to mam – powiedział ciszej.

Sięgnął po filiżankę. Ich dłonie na moment się zetknęły. Przypadkiem. Zatrzymali się na ułamek sekundy dłużej, niż powinni, a potem cofnęli się niemal równocześnie.

– Pamiętasz… – zaczęła i urwała.

– Co?

– Nieważne.

– Nie mów „nieważne” – uśmiechnął się lekko. – Dla Ciebie nic nigdy nie było „nieważne”.

Spojrzała na Niego z czymś na kształt zdziwienia.

– Pamiętasz takie rzeczy?

– Pamiętam doskonale, wszystko.

– Ja chyba też, choć przez lata próbowałam tę pamięć zakopać głęboko – powiedziała cicho.

Zapadła cisza. Tym razem inna niż wcześniej. Nie była już niezręczna. Raczej ostrożna.

– Wiesz, że miałeś wracać jutro? – zapytała po chwili.

– Miałem.

– I co teraz?

Wzruszył lekko ramionami.

– Mogę zostać dzień dłużej.

Spojrzała na Niego uważnie.

– A chcesz?

– Nie wiem – odpowiedział uczciwie. – Ale chyba… nie chcę jeszcze kończyć tej rozmowy.

Uśmiechnęła się. Tym razem całkowicie szczerze i całą sobą, jak tylko Ona potrafiła.

– Ja też nie.

Wstała.

– Zrobię jeszcze jedną kawę.

Kiedy mijała Go, musnęła lekko Jego ramię. Przypadkiem. Albo nie. Nie miał nic przeciwko temu. Siedział chwilę nieruchomo, patrząc w filiżankę. Wiedział już jedno. To nie było tylko spotkanie typu: „co u Ciebie”. I oboje o tym wiedzieli.

(Rozdział – drugie spotkanie)

Napisał do Niej jeszcze przed wylotem. Krótko, konkretnie, że będzie w Gdańsku za kilka tygodni. Że jeśli będzie miała czas, chciałby się spotkać.

Odpisała jeszcze tego samego dnia. Zaproponowała, że przyjedzie na lotnisko.

Przez następne tygodnie wymienili tylko kilka wiadomości. Właściwie pojedyncze, „suche” zdania. Jakby oboje pilnowali, żeby nie powiedzieć za dużo, zanim znowu staną naprzeciw siebie.

Samolot wylądował punktualnie. W hali przylotów było jasno i głośno. Ludzie stali przy barierkach, ktoś machał kwiatami, ktoś inny trzymał kartkę z nazwiskiem. Dzieci biegały między walizkami, głośno śmiejąc się i dokazując.

Wyszedł razem z innymi pasażerami. Na chwilę zatrzymał się przy wyjściu. Miał tylko jedną torbę, przewieszoną przez ramię. Stał chwilę dłużej niż trzeba, jakby chciał dać sobie jeszcze moment. Kiedy w końcu ruszył w stronę wyjścia, poczuł lekkie napięcie. Nie upewnił się, że przyjedzie, jednak po kilku krokach zobaczył Ją. Stała trochę z boku, nie przy samej barierce, jak większość czekających. Opierała się lekko o metalową poręcz. Rozglądała się nerwowo dookoła, jakby bała się, że Go przegapi.

Zauważyła Go dopiero, kiedy był kilka kroków od Niej. Na moment oboje się zatrzymali.

– Cześć – powiedziała trochę z roztargnieniem.

– Cześć. - postanowił zaryzykować, nachylił się i pocałował Ją w policzek. Tak trochę po bratersku.

Uśmiechnęła się, ale bez tej spontaniczności sprzed lat.

– Dobrze wyglądałeś na zdjęciach – powiedziała. – Na żywo… trochę bardziej zmęczony.

– Ty za to wyglądasz dokładnie tak, jak Cię pamiętam.

– To znaczy?

– Lepiej niż na zdjęciach.

Odwróciła wzrok na chwilę. Jakby zawstydzona

– Chodź – powiedziała. – Zaparkowałam kawałek dalej.

Wzięła od Niego torbę, zanim zdążył zaprotestować.

– Naprawdę nie musisz…

– Wiem – przerwała mu. – Ale chcę.

Nie upierał się. Wyszli na zewnątrz. Powietrze było chłodniejsze niż się spodziewał. Pachniało wilgocią i czymś jeszcze — może pobliskim lasem, może morzem, którego nie było widać, ale które gdzieś tam było.

Parking był prawie pełny. Rzędy samochodów stały ciasno obok siebie, między nimi kręcili się ludzie z walizkami. Ktoś zatrzasnął bagażnik z głośnym trzaskiem, gdzieś dalej zapiszczał alarm.

– Daleko? – zapytał.

– Nie, tu – wskazała ręką.

Zatrzymała się przy niewielkim, jasnym samochodzie. Otworzyła bagażnik i wrzuciła torbę do środka. Wsiedli. Przez chwilę siedzieli w ciszy. Jakby każde z nich potrzebowało sekundy, żeby to wszystko poukładać.

– Jak podróż? – zapytała, uruchamiając silnik.

– Długa.

Uśmiechnęła się lekko.

– Nadal tak mówisz, kiedy nie chcesz opowiadać.

Wyjechali z parkingu przy lotnisku powoli, włączając się do ruchu bez pośpiechu. Samochody przesuwały się leniwie w stronę obwodnicy, jakby każdy kierowca miał dokładnie tyle samo czasu, ile potrzebował.

Ona prowadziła pewnie, jedną ręką opierając się lekko o kierownicę. Drugą na chwilę położyła na dźwigni zmiany biegów, jakby dla samego gestu, a potem znów wróciła do kierownicy.

On siedział obok, oparty wygodnie, ale z tą lekką sztywnością, której nie da się do końca ukryć. Patrzył przed siebie, na przesuwające się znaki, światła, samochody. Co jakiś czas zerkał w Jej stronę, ale krótko, niemal niezauważalnie.

– Jedziemy do centrum? – zapytała.

– Ch cesz pchać się w ten tłum?

Uśmiechnęła się pod nosem.

– To nie ja mam problem z ludźmi.

– Nie mam problemu – odpowiedział spokojnie. – Po prostu wolę ich omijać.

– Nic się nie zmieniło.

– Wbrew pozorom sporo.

Spojrzała na Niego kątem oka.

– Tego akurat nie widać.

Zatrzymali się na światłach. Czerwone odbijało się w szybie, rozlewając się miękko po wnętrzu samochodu.

– To gdzie? – zapytała.

Wzruszył lekko ramionami.

– Prowadź.

Przez chwilę nic nie mówiła. Jakby sprawdzała, czy to rzeczywiście odpowiedź, czy tylko unik.

– Dobrze – powiedziała w końcu i ruszyła, kiedy zapaliło się zielone.

Droga do centrum zajęła im ponad pół godziny. Miasto powoli gęstniało. Coraz więcej świateł, więcej ludzi na chodnikach, więcej samochodów, które zaczynały zwalniać, zatrzymywać się, ruszać znowu.

– Zaparkuję na Targu Drzewnym – powiedziała, bardziej do siebie niż do Niego.

– Okey

Z wolnym miejscem nie było tak łatwo. Krążyli chwilę, mijając jeden rząd samochodów, potem drugi. Każde miejsce wydawało się zajęte. Ktoś właśnie odjeżdżał, ktoś inny już włączał kierunkowskaz, żeby je zająć.

– Tam – powiedział nagle, wskazując głową.

Zauważyła.

Wcisnęła się w wąską przestrzeń między dwoma samochodami, manewrując spokojnie, bez nerwów.

– Jeszcze kawałek… – mruknął.

– Wiem.

Wyłączyła silnik. Przez chwilę siedzieli w ciszy. Jakby każde z nich potrzebowało sekundy, żeby przełączyć się z „drogi” na „bycie tutaj”.

– Idziemy? – zapytała.

– Chyba tak.

Wysiedli. Powietrze było chłodniejsze niż przy lotnisku. Wieczór powoli osiadał na budynkach, ławkach i chodnikach, przygaszając kolory i otulając mgiełką ciemności.

Ruszyli przez parking w stronę Długiej. Miasto było już pełne ludzi. Grupy turystów, pary, ktoś z lodem w ręku, ktoś z aparatem przewieszonym przez szyję. Głosy mieszały się ze sobą, tworząc jednostajny szum. Czasem z tego szumu wyrywał się głośny śmiech, lub nawoływanie ludzi zagubionych w tym tłumie.

Przeszli przez Zieloną Bramę i wyszli na Długą. Dopiero tam poznali co znaczy ścisk. Ciężko było przebić się przez tę gawiedź. Co chwilę ktoś ich potrącał, szturchał, próbował na siłę przecisnąć się pomiędzy Nimi.Tłum napierał, gęsty, ciężki. Ludzie zatrzymywali się bez ostrzeżenia, ktoś robił zdjęcie, ktoś inny śmiał się głośno, ktoś rozmawiał przez telefon, nie zwracając uwagi na nic wokół.

Zatrzymał się i zaklął pod nosem, a głośno:

– To nie dla mnie . Nienawidzę tego.

Ona rozejrzała się wokół.

– Może pójdziemy Piwną?

– Dobry pomysł. Tam powinno być luźniej – powiedział spokojnie.

– Wiem.

Skręcili w pierwszą uliczkę prowadzącą do Piwnej. Od razu zrobiło się przyjemniej. Zwolnili. Nie dlatego, że musieli. Po prostu nie byli już niesieni przez tłum. Nikt nie dyktował Im tempa.

– Lepiej – powiedziała.

– Zdecydowanie.

Minęli pierwsze knajpki. Ogródki byłe pełne. Wszystkie stoliki zajęte. To Im nie przeszkadzało, ponieważ nie to było ich celem tego wieczora. Postanowili, że pójdą na Wyspę Spichrzów, tę część Gdańska, która za Ich młodości wyglądała tak, jakby II Wojna Światowa dopiero co się skończyła, a teraz stałą się centrum gastronomicznym i uczęszczanym deptakiem. Przeszli kładką nad Motławą i dalej schodkami na deptak, wzdłuż którego ciągnęły się, jedna za drugą, knajpki, restauracje, bary. Światło lamp odbijało się w szybach, w wodzie, w metalowych elementach barierek. Ludzie siedzieli przy stolikach, pochylali się nad rozmowami, śmiali się ciszej niż na Długiej, jakby to miejsce samo narzucało inny rytm.

Szli tak powoli, rozkoszując się klimatem tego miejsca, jakby każde z nich wiedziało, że nie ma dokąd się spieszyć.

Nagle Ona zwolniła, aż w końcu zatrzymała się. Uniosła rękę, wskazując gdzieś przed siebie, trochę w bok, jakby szukała w tym miejscu czegoś, czego już nie było.

– Pamiętasz? Gdzieś tam był Zejman

Spojrzał w tamtą stronę. Najpierw bez zrozumienia. Widział tylko światła odbijające się w wodzie, fragment nabrzeża, ludzi przechodzących obok. Wreszcie załapał

– Trochę bardziej na lewo

Odwróciła głowę w Jego stronę. Oczy Jej błyszczały, jakby ktoś zapalił dwie małe latarnie.

– Pamiętam, jak byliśmy w Zejmanie pierwszy raz. Szanty… – zrobiła krótki ruch ręką, jakby próbowała uchwycić coś w powietrzu. – I wbijanie gwoździa – roześmiała się srebrzyście, jak mała dziewczynka

Sięgnął głębiej pamięcią i nagle wszystko wróciło. Śmiechy, hałas. Zapach piwa. Ciężki młotek w dłoni. Ktoś obok krzyczący, żeby „z całej siły”. I ona, stojąca trochę z boku, zanosząca się śmiechem, że aż odrzuciła głowę do tyłu.

Spojrzał na Nią. Z tą dawną czułością, jak niegdyś.

– No tak… – powiedział powoli. – Gwóźdź.

Uśmiechnęła się szerzej.

– Gwóźdź – powtórzyła.

Przez chwilę patrzyli na siebie, jakby sprawdzali, czy widzą to samo.

– Zawsze miałem trudności z trafieniem – dodał.

– Bo zawsze chciałeś za mocno – odpowiedziała od razu.

– A Ty się śmiałaś.

– Bo wyglądałeś wtedy jak ktoś, kto chce rozwalić pół świata jednym uderzeniem.

– I co? – uniósł lekko brew. – Udało się?

Pokręciła głową.

– Ani trochę.

Zaśmiała się, a On zdobył się na odwagę, objął Ją i lekko przyciągnął do siebie.

Zaskoczył Ją, ale nie miała zamiaru opierać się, nic z tych rzeczy. Odkąd zobaczyła Go wychodzącego z sali przylotów, marzyła o tym. O tej dawnej, trochę zapomnianej, bliskości.

– Pamiętam wszystko, jakby to było wczoraj – powiedział.

– Ja też – dodała i przytknęła głowę do Jego piersi.

Stali tak przez chwilę, po czym, jak na komendę, obrócili się i poszli z powrotem w kierunku Piwnej, a potem do samochodu.

← Literatura

© Maciej Catcher Wirski