„Brutalny mord”
Dziś nad ranem, w zaułku pomiędzy Main i Jackson Street, przypadkowy przechodzień natknął się na zmasakrowane zwłoki mężczyzny. Ofiarą jest biały, w wieku około 50-55 lat. Mężczyzna ubrany był w długi, czarny płaszcz, takież spodnie, beżowy golf i sportową marynarkę.
Identyfikacja zwłok jest znacznie utrudniona, gdyż głowa ofiary została dosłownie zmasakrowana, prawdopodobnie przy użyciu...
„Apel policji”
Wydział Zabójstw, Departamentu Policji Seattle, za pośrednictwem mediów zwrócił się do mieszkańców miasta z prośbą o pomoc w rozwikłaniu sprawy zabójstwa na Main Street.
Szef Wydziału Zabójstw DP:
– Prosimy wszystkich ewentualnych świadków morderstwa oraz osoby mogące pomóc w identyfikacji ofiary o zgłoszenie się w komisariacie przy Yester Street. Apel mój kieruję także do rodzin osób, które zaginęły w ciągu ostatnich 72 godzin. Prosimy o zgłaszanie takiego faktu w najbliższym komisariacie policji, lub też pod numerem telefonu...
„Przełom w śledztwie”
Jak się dowiedzieliśmy z dobrze poinformowanego źródła, wczoraj w godzinach wieczornych, na komisariat przy Yester Street zgłosił się bezdomny mężczyzna, który widział – jak twierdzi – jak w nocy z 15 na 16 października, przy zaułku Jackson i Main zatrzymał się srebrny combi.
Był to prawdopodobnie samochód produkcji europejskiej. Według świadka, z owego samochodu wysiadł wysoki, barczysty mężczyzna. Z bagażnika wydobył jakiś duży i ciężki tobół, który przeciągnął w zacienione miejsce. Po chwili wsiadł do samochodu i z piskiem opon odjechał w stronę Alaskan Way. (...)
„Sławny pisarz ofiarą brutalnego mordu”
(...) Pani Marie-Ann Cox z dużym trudem, jednak bez wątpliwości rozpoznała męża.
J.P. Cox był światowej sławy pisarzem, autorem takich bestsellerów jak „Josh”, „Zapomnij o Bogu”, czy „A jeśli...?” (...)
Żona zamordowanego pisarza twierdzi, że nie miał on żadnych wrogów. (...)
Policja nadal szuka właściciela srebrnego Volvo, który w nocy...
„Zniknięcie żony zamordowanego pisarza”
Pani Susan Koslovsky, gosposia Państwa Cox, poinformowała policję o zniknięciu jej pracodawczyni. Pani Koslovsky, jak co dzień przyjechała do domu Państwa Cox przy Seneca Street. Zastała straszliwy bałagan panujący w całej rezydencji.
– Wyglądało to tak, jakby przez środek domu przeszło tornado – relacjonuje Susan Koslovky...
„Policja nadal bezradna”
Mimo, iż od zniknięcia Marie-Ann Cox minęły prawie dwa tygodnie, policja nadal nie ma pojęcia co stało się z żoną zamordowanego pisarza.
Jak nam powiedział rzecznik prasowy Ratusza:
– Pan burmistrz jest zaniepokojony brakiem postępów w obu śledztwach...
Zapis magnetofonowy
17 sierpnia 2007 r.
Byłem dziś gościem Stephena Prince’a w jego domu w Clayton Lake w stanie Main. Kim jest Stephen Prince nie trzeba nikomu wyjaśniać. To największe odkrycie ostatnich lat. Absolutny geniusz literatury, mający miliony fanów już nie tylko w Stanach, ale dosłownie na całym świecie, mieszka w zacisznej i miłej okolicy Clayton Lake, tak bardzo kontrastującej z jego mrocznymi powieściami. Po wielu próbach, wreszcie udało mi się nakłonić go do rozmowy. Oto jej zapis:
Andrew Wilford: Kilka tygodni temu ukazała się Pańska najnowsza książka „Cień”. Próżno by dziś szukać jej na półkach księgarni. Czy spodziewał się Pan takiego, kolejnego już sukcesu?
Stephen Prince: Szczerze mówiąc nie. Nie jestem tak do końca zadowolony z „Cienia”. Chętnie oddałbym jeden z palców – powiedzmy u nogi – aby móc w nim coś poprawić. Ale terminy narzucane przez wydawców są czasami zupełnie wariackie. Jednak cieszy mnie zainteresowanie, jakie wywołał.
A.W.: To już piąta w ciągu niespełna dwóch lat, powieść, jaka wyszła spod Pańskiego pióra. Jest Pan w związku z tym uważany za jednego z najpłodniejszych pisarzy, a przecież jeszcze nie tak dawno temu nikt o Panu nie słyszał. Czy to aby nie jest tak, że wcześniej pisał Pan „do szuflady”, a teraz, jak magik, wyciąga kolejne książki z kapelusza?
S.P.: Zapewniam Pana, że nie ma to nic wspólnego z magią (śmiech). Nigdy też nie pisałem „do szuflady”. Może jedynie zapisywałem luźne spostrzeżenia. Czasem pomysły na ewentualną książkę. Traktowałem to jednak jako nic nieznaczące dziwactwo. Nie uważam również, abym był najpłodniejszym pisarzem. Nie wiem czy słyszał Pan o niejakim Krzaszewskim, polskim pisarzu, który podczas całego swojego życia napisał kilkaset utworów literackich. To się nazywa płodność! (śmiech)
A.W.: Jednak przyzna Pan, że to niezwykłe, iż dotychczasowy dentysta rzuca nagle nieźle prosperującą praktykę i - nie mając absolutnie żadnego doświadczenia – w ciągu niespełna dwóch lat wydaje pięć bestsellerowych powieści?
S.P.: Nie jest to aż tak niesamowite, jakby się Panu wydawało. Miałem do wyboru, albo do końca życia być średniozamożnym, średniozdolnym stomatologiem, albo obrzydliwie bogatym i sławnym pisarzem. Co Pan by zrobił na moim miejscu? (śmiech)
A.W.: Pewnie to samo. Jednak uchylił się Pan od odpowiedzi. Zapytam więc inaczej. Czy do tego, aby stać się wybitnym pisarzem potrzebna jest iskra Boża?
S.P.: Z tą wybitnością chyba Pan przesadził. A co do iskry... Cóż, sądzę, że z pewnością nie zaszkodzi. Jednak już zupełnie poważnie, chciałbym zapewnić Pana, że w każdym z nas drzemie Hemingway, Dickens czy choćby J.P. Cox. Wystarczy jedynie okiełznać szamocące się w naszych głowach myśli. Nadać im ciała. Ukształtować tak, aby z bełkotliwych, niezrozumiałych szumów stały się jasno i dźwięcznie brzmiącymi zdaniami. Zgoda, nie każdy to potrafi. Każdy jednak może spróbować. Ja to zrobiłem i udało się (śmiech).
A.W.: Krytyka jest dla Pana niezwykle przychylna. Niektórzy zwracają uwagę, że od czasu tragicznej śmierci J.P. Coxa, nikt poza Panem nie potrafi tak poprowadzić narracji. W tak nieprawdopodobnie wyrazisty i sugestywny sposób opisać okropności, czające się za załomem muru. Czy nie przeszkadza Panu porównywanie go z J.P. Coxem?
S.P.: Wręcz przeciwnie. Jestem dumny ilekroć czytam lub słyszę o podobieństwach z utworami Coxa. To prawdziwy zaszczyt i nobilitacja. J.P. Cox jest moim wzorem, a „Zapomnij o Bogu” to moja biblia.
A.W.: Wspomniał Pan o wzorcu. Niektórzy z recenzentów nieśmiało, jednak wprost zarzucają Panu wzorowanie się na pisarstwie J.P. Coxa.
S.P.: Nie widzę w tym niczego nagannego. Co innego gdybym czerpał z mętnej studni. Ja natomiast sięgam po wodę źródlaną, jaką na tle innych jest pisarstwo Coxa.
A.W.: Wiem, że nie lubi Pan do tego wracać, jednak chcąc ustalić czym kierował się Pan wybierając trudną i niekiedy niewdzięczną drogę, jaką jest pisarstwo, muszę zadać to pytanie.
S.P.: Niech Pan wali. (śmiech)
A.W.: Czy wpływ na Pańską decyzję miał także tragiczny w skutkach pożar Pańskiego gabinetu?
S.P.: Faktycznie, nie lubię o tym mówić. Jednak jest Pan moim gościem i zrobię dla Pana wyjątek. Ten pożar, w którym jak wiadomo, zginęła moja recepcjonistka, nie miał bezpośredniego wpływu na decyzję odejścia od stomatologii. Wpływ pośredni zapewne miał, gdyż przyspieszył to, o czym marzyłem od dzieciństwa. Czytając powieści takich autorów jak choćby J.P. Cox marzyłem skrycie, by być na ich miejscu. By umieć tak formułować myśli. Potrafić w taki sposób rozgrzewać i rozbudzać umysły czytelników. Ta chęć stała się chyba w pewnym momencie moją obsesją.
A.W.: I jeszcze jedno – związane z tym pożarem pytanie. Czy to prawda, że J.P. Cox był Pańskim pacjentem?
S.P.: Podobnie jak miliony Amerykanów śledzących doniesienia prasowe z postępów śledztwa sprzed dwóch lat, wie Pan, że to prawda. Pytanie, do czego Pan zmierza?
A.W.: W pożarze Pańskiego gabinetu spłonęły między innymi karty pacjentów. Nie można więc było bezspornie zidentyfikować zwłok J.P. Coxa.
S.P.: Zrobiła to, jak pamiętam, żona pisarza, Pani Marie-Ann Cox.
A.W.: Jednak niektórzy z dziennikarzy snuli domysły, iż nie były to zwłoki Coxa. Zwłaszcza, że Pani Cox zniknęła w trzy tygodnie po jego śmierci.
S.P.: Nie rozumiem czemu postanowił Pan omówić dylematy nierozwiązanego do dziś śledztwa właśnie ze mną? Ale brzmi to jak kiepski scenariusz kiepskiego kryminału: J.P. Cox morduje kochanka swojej o trzydzieści lat młodszej żony, puszcza z dymem gabinet własnego dentysty, groźbą pozbawienia życia zmusza Panią Marie-Ann do identyfikacji zwłok kochanka, jako swoich. Następnie uśmierca niewierną żonę, a jej zwłoki rozpuszcza w kwasie solnym. Wreszcie przechodzi serię operacji plastycznych i pod nowym nazwiskiem, dodajmy nazwiskiem swojego dentysty, który mógłby być np. kochankiem żony – kontynuuje karierę literacką. Pytanie tylko jak to się stało, że odmłodniał o 18 lat i przybyło mu jakieś 9 cali? Musi Pan jeszcze nieco nad tym popracować.
A.W.: Chyba ma Pan rację. Pomówmy więc o Pana nowej książce. Czy wie Pan o czym będzie?
S.P.: Teraz już tak...
„Śmierć dziennikarza”
Młody dziennikarz naszej gazety, Andrew Wilford, utonął w jeziorze Eagle Lake w stanie Main. Jak powiedział nam szeryf Jacobs, w organizmie Wilforda stwierdzono 2,7 promile alkoholu. Wygląda więc na to....
Z tacą w jednej i dzbankiem gorącej kawy w drugiej, Stephen Prince zszedł po schodach do piwnicy swojego domu w Clayton Lake. Postawił dzbanek na starym, zakurzonym stole i otworzył drzwi prowadzące do niewielkiego, oświetlonego jedynie gołą żarówką, pomieszczenia. Było umeblowane w iście spartańskim stylu. Wąska prycza pod małym, zakratowanym oknem i biurko, na którym stała stara maszyna do pisania. Na krześle przy biurku siedział przygarbiony mężczyzna w mocno średnim wieku.
– Śniadanie – powiedział Prince, stawiając tacę i dzbanek na brzegu biurka. – Pamiętaj, że do obiadu masz skończyć II rozdział – dodał.
– Nic więcej już dla ciebie nie napiszę – odpowiedział mężczyzna przy biurku.
– Marie-Ann – wrzasnął Prince na tyle donośnie, aby jego słowa dotarły do salonu – Przynieś sekator. Nasz drogi J.P. znów odmawia współpracy.
Po czy zwrócił się ponownie do Coxa:
– Zostało ci już tylko siedem palców u nóg. Tniemy dalej?........