MACIEJ CATCHER WIRSKI

OPOWIADANIA

Potwór

Krótka historia o potworze. Albo o poniedziałku.

Stanął przed drzwiami tego znienawidzonego, przeklętego przez Boga i ludzi budynku. Wewnętrznie buntował się przed naciśnięciem klamki i wejściem do środka. Musiał jednak to zrobić. Czy mu się to podoba, czy nie, musiał tam wejść. Wyciągnął dłoń i dotknął zimnej, mosiężnej klamki. Poczuł jak skóra mu cierpnie, a lodowa kula wypełnia żołądek.

– Musisz – pomyślał – od tego zależy całe twoje życie. Naciśnij tę pieprzoną klamkę!

W ciągu następnych kilkunastu sekund zbierał siły. Nie te fizyczne, gdyż do otwarcia drzwi, przed którymi stał, wystarczyłby średnio silny 5-latek. Brak mu było jednak hartu ducha, aby przekroczyć ten próg. Wreszcie głośno wciągnął powietrze w płuca i wściekle natarł na drzwi.

Ustąpiły bez najmniejszego oporu. Powoli, jakby w zwolnionym tempie, wszedł do środka i rozejrzał się wokół. Nic. Cisza. Półmrok. Żadnych niepokojących odgłosów. Ruszył więc ostrożnie naprzód. W pierwszym odruchu skierował się ku windzie. Jednak zanim do niej dotarł, zmienił zdanie.

– Bezpieczniej będzie, gdy pójdę schodami – zdecydował.

Postąpił kilka kroków w ich kierunku i nagle zamarł, wstrzymując oddech na nieskończenie długą chwilę. Wydało mu się bowiem, że za filarem w głównym holu zobaczył jakiś cień. Stał tak dobre pół minuty nim upewnił się, że to jedynie jego, napięta do granic możliwości, wyobraźnia. Żaden cień nie krył się ani za filarem, ani nawet w najdalszym, mrokiem okrytym kącie holu.

– Wstrzymaj konie! – skarcił się w myślach. - W przeciwnym razie nie dotrzesz nawet do schodów.

Wreszcie odzyskał pozory spokoju i ruszył naprzód. Kilkanaście metrów dzielące go od schodów pokonał w pięciu susach i stanął wreszcie u ich podnóża.

Przez pierwsze stopnie przebrnął bardzo ostrożnie i wolno, starając się, aby jego buty nie wydały choćby cienia dźwięku. Gdy dotarł na półpiętro był zlany potem i zmęczony tak bardzo, jakby przerzucił łopatą dwie tony piachu.

Zatrzymał się na moment, żeby przetrzeć wierzchem dłoni spocone czoło i wtedy to usłyszał. Dźwięk, jaki dotarł do jego uszu przypominał stuknięcie noża o talerz, lecz był on tak cichy i przytłumiony, że dopiero po dłuższej chwili dotarło do niego znaczenie tego dźwięku.

– Obcas lub laska – przemknęło mu przez głowę.

Nagle zdał sobie sprawę, że jest to raczej odgłos bardzo ostrożnie stawianych kroków, dochodzących z holu. Poczuł jak lodowata dłoń strachu zaciska się na jego szyi, nie pozwalając na swobodne zaczerpnięcie powietrza.

– Chryste! To na pewno ONA – pomyślał, a jego nogi bez udziału świadomości ruszyły w nagłej panice w górę schodów.

Pomiędzy drugim i trzecim piętrem potknął się, upadł na kolana i w takiej pozycji zsunął się kilka stopni w dół. Poderwał się natychmiast nie zwracając uwagi ani na ostry ból w kolanie, ani na to, że na prawej nogawce spodni powstała całkiem spora dziura, i ruszył dalej. W górę. Ku ocaleniu.

– Jeszcze tylko trzy piętra i będę bezpieczny. Jeszcze trzy piętra...

Kroki za nim były już coraz bardziej wyraźne. Ktoś, lub COŚ, zmierzające za nim, nawet nie starało się już zachowywać ostrożności.

Wreszcie dotarł na ostatnie piętro. Stał chwilę, dysząc ciężko. Dopiero w tej chwili zdał sobie sprawę, że koszula i slipy dosłownie przykleiły się do jego mokrej od potu skóry. Zupełnie bez sensu pomyślał, że czuje się tak, jakby przed chwilą wyszedł z basenu, do którego uprzednio wskoczył w ubraniu. Ta myśl wywołała krótki, histeryczny chichot. Gdyby nie sytuacja, w jakiej się znalazł, ten chichot miałby szansę zamienić się w szczery i gromki wybuch śmiechu.

Kroki, które cały czas słyszał za sobą, zbliżały się coraz bardziej. Opanował się i ruszył długim korytarzem, oświetlonym przez rzadko rozmieszczone, mlecznobiałe żarówki. Gdy był w połowie korytarza usłyszał jak ONA osiągnęła wreszcie szczyt schodów i idąc za nim korytarzem, wyraźnie przyspieszyła kroku.

Chciał zrobić to samo, lecz w tym samym momencie nogi postanowiły wypowiedzieć mu posłuszeństwo. Zupełnie jak w sennym koszmarze, im bardziej starał się iść szybciej, tym jego cholerne kulasy stawały się cięższe. Grozę potęgował również fakt, iż cel, ku któremu zmierzał z każdym krokiem oddalał się od niego, zamiast przybliżać. Przynajmniej takie odnosił wrażenie.

Zdał sobie sprawę, że jeśli nie zdoła przyspieszyć, to będzie po nim. Razem z tą myślą nadleciała nowa, jeszcze większa fala wręcz zwierzęcego strachu. Poczuł jak wszystkie włoski na jego karku stanęły na baczność, a resztki włosów na głowie miały wyraźną ochotę pójść ich śladem. Mógłby przysiąc, że czuje już na szyi JEJ gorący i smrodliwy oddech.

Stanął wreszcie przed drzwiami, za którymi mogło czekać ocalenie. Drżącą dłonią wyciągnął z kieszeni klucz i starał się bezskutecznie trafić nim do zamka. W końcu z najwyższym trudem zdołał otworzyć drzwi i wpadł z impetem do niewielkiego pomieszczenia, jednocześnie zatrzaskując za sobą drzwi. Podbiegł do biurka, rzucił torbę na podłogę i wtedy... drzwi z hukiem uderzyły w wewnętrzną ścianę pokoju. Ktoś wszedł do środka.

To na pewno ONA. Ten obrzydliwy, kościsty potwór o gorejących, wiecznie przekrwionych oczach i ostrych jak szpilki kłach.

– Rany Boskie – pomyślał w panice – Chyba puszczą mi zwieracze.

Poczuł przenikliwy, niemal parzący wzrok na karku.

– Muszę się odwrócić. Muszę!

Powoli, z ociąganiem, czując rosnącą w nim panikę, odwrócił głowę. Miał rację, to była ONA... Jego szefowa.

– Witam Pana, Panie Iksiński – zaczęła z szyderczym uśmieszkiem, odsłaniając te przeklęte, pożółkłe zęby. – Czy pamięta Pan jeszcze dzień, w którym nie spóźnił się Pan do pracy? ----------------------- Catcher